Tam, gdzie zaczyna się koniec świata

Koniec stycznia. Choć dni są już coraz dłuższe, a zima nie jest w tym roku wcale taka uciążliwa, byłam już przemęczona brakiem słońca, pracą, studiowaniem i wszystkim innym, co niekoniecznie jest związane z żyćkiem spoksik. Wyjazd zaplanowałam już w listopadzie, więc za bilety lotnicze zapłaciłam śmieszne pieniądze. Żyć nie umierać! 🙂 I tak 28.01 zaczął się kolejny pierwszy dzień mojego życia.

CAMERA

Na lotnisku przywitał mnie José, mój dobry przyjaciel, którego poznałam ponad dwa lata temu w Hiszpanii. Pogoda była cudowna, więc cieszyłam się jak dziecko oglądając panoramę miasta z jednego z miraduoro, czyli punktów widokowych.

blog

To miasto ma swój szczególny klimat, który URZEKA, URZEKA, URZEKA. Urzekają wzgórza, widoki, żółte tramwaje, street-art, pastéis de Belém, czyli najsłynniejsze ciastka z ciepłym kremem w środku, urzekają też przystojni Portugalczycy (achhh…:)) Ale najbardziej zachwyciła mnie wycieczka tam, gdzie zaczyna się koniec świata – na Cabo da Roca:

Aqui, onde a terra se acaba e o mar começa”   (gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna)

(Luis de Camões),

Choć pogoda dała nam w kość – wiał wiatr, było zimno, mżyło, przez mgłę widoczność była bardzo słaba – poczułam magię tego miejsca. Wyciągnęłam palec w stronę oceanu i z nieukrywaną radością powiedziałam: „José, przecież tam jest Brazylia!”.

blog2

Trzy dni to za mało, aby poznać dobrze Lizbonę. Czuję niedosyt i wiem, że tam wrócę. Trzy dni wystarczyły na to, aby zauroczyć się w tym mieście położonym na siedmiu wzgórzach i rozpalić w sobie chęć jak najszybszego powrotu. By kolejny raz poczuć, że żyję pełnią życia – na tym europejskim końcu świata.

THUMB UP 🙂

Reklamy

Podróż za jeden uśmiech

Przez jednych wychwalany pod niebiosa jako najlepszy sposób podróżowania, przez innych oceniany dość sceptycznie poprzez ryzyko jakie ze sobą niesie… Autostop. Z czym to się je i jak to smakuje, przekonałam się już parokrotnie.

Kto, z kim i dlaczego?

Autostop to świetna przygoda, ponieważ nigdy nie wiesz, komu będziesz towarzyszyć przez następnych x kilometrów. Może będzie to młoda instruktorka zumby albo dubajski milioner? A może student wracający z kanonizacji papieża lub zwykły Roberto, któremu uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy? Zatrzymują się zwykle ci, którzy sami kiedyś łapali stopa i wiedzą, co to znaczy stać kilka godzin w upale albo w deszczu gdzieś na pustkowiu. Zatrzymują się też ci, którym nie spieszy się do domu i czasami nawet zbaczają z ustalonej trasy, żeby podrzucić Cię kilka kilometrów dalej. A to wszystko tylko po to, by móc dłużej z Tobą porozmawiać.

Wielokrotnie słyszałam, że najłatwiej złapać stopa w duecie damsko-męskim. Ale co, jeżeli towarzystwo się wykruszyło, a jest się młodą, szaloną kobietą i przygoda wzywa tak głośno i wyraźnie, że nie można dłużej czekać?

 Jechać czy nie jechać? Oto jest pytanie…

W moim przypadku odpowiedź jest jedna – oczywiście, że jechać! Kiedy zdecydowałam się pojechać sama, wszyscy znajomi stukali się w głowę i oferowali mi nawet pieniądze na pociąg i noclegi, lecz ja stanowczo odmawiałam. Wiedziałam, że albo autostop, albo nie jadę. Albo teraz, albo nigdy. O podróży autostopem marzyłam od zawsze. W trzy miesiące odbyłam więc trzy wyprawy – przejechałam około 2400 km i zwiedziłam całe północne Włochy dzięki wspaniałomyślności kilkunastu kierowców, którzy zaoferowali mi swoją pomoc. Dużo łatwiej łapało mi się stopa, gdy byłam sama. Zatrzymywało się znacznie więcej aut, a wszyscy kierowcy myśleli, że ratują mnie z tarapatów.  „Co ty tu robisz sama? Wiesz, że to niebezpieczne? Podrzucę cię, ze mną nie stanie ci się krzywda”. Ludzie są jednak dobrzy… 🙂

Jest ryzyko, jest zabawa…

Nie ukrywajmy – nie jest to najbezpieczniejszy sposób podróżowania. Ale mając odrobinę zdrowego rozsądku i zachowując podstawowe środki bezpieczeństwa – można przeżyć wspaniałą przygodę i… wiele na tym zyskać. Kierowcy często zapraszają autostopowiczów na obiad lub kawę na stacjach benzynowych. Jest to świetny sposób, aby poznać kulturę danego kraju, by porozmawiać w obcym języku, by czegoś się nauczyć. Często jest to okazja, by wymienić się doświadczeniami w podróżowaniu autostopem, gdyż tak jak mówiłam – autostopowicze to jedna wielka rodzina.

Jak mawiał Stachura: „Komu w drogę, temu TERAZ”

Pura vida 🙂

received_m_mid_1394758218963_970910858cb8434949_0

Erasmusie, nie zasypiaj!

Nie ma co ukrywać. Jeżeli jedziesz na Erasmusa, musisz pogodzić się z tym, że to będzie najlepszy okres w Twoim życiu, a po powrocie nic nie będzie już takie samo.

Wyjazd na Erasmusa podzieliłabym na kilka etapów:

1. Histeria przederasmusowa – Kiedy już zdecydujemy się na wyjazd, kraj, miasto, przed nami cała masa innych problemów, zmagań i dylematów. Przerażenie, ból głowy, chęć powrotu już przed wyjazdem spowodowane są niczym innym jak papierami, które trzeba podpisać, których nie można za żadne skarby świata zapomnieć wziąć ze sobą, ani których za nic nie można zgubić ani zniszczyć. Matko…

Poza tym – wypadałoby zacząć uczyć się języka obcego. Pół roku przed moim Erasmusem wyjechałam do Włoch do pracy, aby osłuchać się z językiem. Do tej pory po włosku nie potrafiłam powiedzieć nic poza „ciao” i „pasta”. Ponadto przez kilka miesięcy słuchałam włoskiego radia, aby chłonąć, chłonąć, chłonąć. Plus rozmowy z włoskimi przyjaciółmi na Whatsappie, włoskie filmy, włoskie piosenki. Później poprzedzający Erasmus trzytygodniowy kurs językowy EILC w Perugii i trwający mój cały pobyt kurs języka włoskiego w Turynie. Uff…. Trochę tego było.

Kolejny etap histerii – MIESZKANIE! We Włoszech nie ma akademików. Są jakieś prywatne domy studenckie, które leżą zwykle gdzieś na peryferiach i kosztują krocie. Aby zminimalizować stres, już w Polsce zaczęłam zmagać się z szukaniem ofert. Unikajcie tego (o)błędu… Chwilę po przyjeździe poznałam dziewczynę, która studiowała już w Turynie i skontaktowała mnie z właścicielami mieszkania, w którym akurat brakowało jednej lokatorki. Mieszkania dużo łatwiej szukać na miejscu – czy to chodząc po bibliotekach i wydziałach i szukając ogłoszeń, czy to przez agencje, czy to przez znajomych. True story.

2. Szok, niedowierzanie, endorfiny, adrenalina związane z przyjazdem – nagle okazuje się, że świat jest taki piękny, a ludzie dobrzy. W dodatku – kiedy wyjeżdża się z Polski w styczniu przy -20 stopniach Celsjusza, a przylatuje się do boskiej Italii, to już przy +8 stopniach można poczuć się jak w tropikach. A to dopiero styczeń!

3. Erasmus właściwy – gdyby zawrzeć w skrócie to, co się działo przez tych kilka miesięcy, podsumowałabym to w sposób następujący – frizzantino, zajęcia na uniwersytecie, podróże, frizzantino, gelato, pasta, zajęcia, kawa, pasta, frizzantino, pizza, kawa, zajęcia, podróże, kawa, pasta, frizzantino… i tak dalej… i tak dalej… O tym jeszcze kiedyś napiszę. 🙂

4. Sesja – wbrew pozorom bardzo przyjemny okres podczas mojego wyjazdu. Zajęcia skończyły się już pod koniec kwietnia, więc mieliśmy ponad miesiąc na przygotowanie do egzaminów. Dla Erasmusów nie było żadnych ulg, wręcz przeciwnie. Kiedy Włosi na egzamin z romantyzmu czytali tylko/aż „Pana Tadeusza” i fragmenty trzech innych wybranych utworów, mnie obowiązywała ta sama lista lektur, co moich znajomych z roku w Polsce. Wstawałam skoro świt, leciałam do biblioteki, bo wiedziałam, że spotkam tam znajomych. Co godzinę robiliśmy sobie przerwę na kawę, o 13 obowiązkowa przerwa na il pranzo, czyli obiad. Nazywałam ten posiłek „santo” – święty, bowiem wydawało mi się, że cokolwiek by się nie działo, czas na przerwę każdy Włoch znajdzie zawsze. Między godziną 13 a 15 pełna studentów biblioteka pustoszała niemal całkowicie. Pranzo jedliśmy zwykle w ogromnym parku nieopodal, opalając się, rozmawiając, wygłupiając. Bella vita! A później powrót do biblioteki, który nie był okupiony łzami, gdyż za godzinę czekała kolejna przerwa na kawę lub na lody.

Miałam 3 egzaminy – jeden pisemny i dwa ustne. Do najprzyjemniejszych nie należały, ale te przygotowania w parku, nad rzeką, w słońcu… Sama radość!

5. Powrót do domu – „wszystko co piękne jest, przemija” – śpiewał Turnau. Pożegnania, podpisy na fladze Włoch, ostatnie kolacje, ostatnie spacery. Wszystko ostatnie smakuje jeszcze lepiej, intensywniej, niż to pierwsze, bo staramy się zatrzymać ten smak jak najdłużej.

6. Szok, niedowierzanie, endorfiny i adrenalina związane z tym, w czym jeszcze przed chwilą się uczestniczyło – człowiekowi, który dopiero wrócił z Erasmusa wydaje się, że jest panem świata, że może wszystko. I to prawda. Dopóki nie nastąpi kolejny etap…

7. Syndrom depresji poerasmusowej – Kiedy emocje opadną, musisz wrócić do tak zwanej rzeczywistości. Niezależnie jak bardzo próbujesz ją urozmaicić – nagle wszystko wydaje się takie nudne… Znajomi – nie dość, że mówią w tym samym języku, to w dodatku zawsze o tym samym, zajęcia na uniwersytecie – są takie przewidywalne, praca… nagle nie można się spóźniać ani minuty! Rozumiesz wszystko, co się wokół ciebie dzieje, ale nie rozumiesz tego, co się dzieje z tobą. Szok kulturowy we własnym kraju.

Jak radzić sobie po powrocie? Mówi się, że ERASMUS ONCE, ERASMUS FOREVER. To prawda. Te emocje związane z Erasmusem uzależniają. Szukam więc sposobności, by rozmawiać po włosku. Szukam okazji, by wyjechać na praktyki, do pracy, na wakacje. Szukam imprez Erasmusowych i śledzę profile znajomych, którzy właśnie na Erasmusa wyjechali.

Zastanawiam się, czy naprawdę wróciłam ze snu do rzeczywistości, czy może wróciłam z rzeczywistości do snu? Które życie jest tym prawdziwym? Erasmus był momentem przebudzenia, olśnienia, że da się żyć inaczej. Że każda najtańsza kawa pita o poranku może być najlepszą na świecie. Przeżyłam 155 niesamowitych dni, podczas których nie żałowałam żadnej nieprzespanej nocy. Na Erasmusie przeżywa się więcej, intensywniej, chętniej. Dlaczego tak trudno żyć w ten sposób po powrocie? Dlaczego nic już nie jest takie samo? To nie kwestia granic administracyjnych kraju. To kwestia ograniczeń, które stawiamy sobie my i które stawia nam otoczenie. Co nam pozostaje? Nie zasypiać, szukać przygód i żyć dalej.

Pura vida

iPura vida!

Pierwszy wpis na blogu, który niejako pełni rolę wstępniaka, nieprzypadkowo zatytułowałam pura vida. To hasło kojarzy się głównie z odległą Kostaryką, jest zarówno przywitaniem, jak i pożegnaniem, które dosłownie tłumaczy się jako „czyste życie”, lecz oznacza tyle, co pochwałę prostoty, dobrego życia, radości, satysfakcji, spełnienia, optymizmu, pokory. Wiąże się z akceptacją życia w jego pełni.

Kostarykańczycy witają się tak na ulicach, w sklepach. „Czyste życie” zaszczepiło się w codzienność tamtejszej ludności.. Na pytanie: ¿Cómo estás? – Co u ciebie? – odpowiedź brzmi niejednokrotnie „pura vida”. Korzeni tej frazy szukać można w meksykańskim filmie z 1955 roku Gilberta Martineza Solaresa. To jednak mieszkańcy tego małego państwa w Ameryce Środkowej zaaplikowali w swojej świadomości to radosne powiedzenie. Stało się ono również cennym hasłem reklamowym, przyciągającym turystów z całego świata, chcących wyrwać się z europejskich labiryntów i blokowisk, w których się dusili.

Pura vida to sposób widzenia świata przez Kostarykańczyków i sposób widzenia Kostaryki przez świat.

A czy to pełne życie zobaczyć mogą nasze europejskie oczy?

Mam nadzeję, że tak. PURA VIDA! 😉  

Caorle